Dlaczego reporterzy wojenni ciągle wracają na front? Jedni robią to dlatego, bo są uzależnieni od adrenaliny. Inni dlatego, że mają poczucie misji i czują, że opinia publiczna musi poznać obiektywną, bezstronną prawdę o konfliktach. Jeszcze inni wracają, bo oduczyli się żyć w bezpiecznym świecie, bo wiedzą, że gdzieś daleko trwa dramat ludzi, których nie można zostawić. Ich relacje zebrała Honorata Zapaśnik w książce „Wojna jest zawsze przegrana. Polscy reporterzy wojenni opowiadają o tym, czego do tej pory nie ujawniali”.

Balans na krawędzi

Na książkę składają się obszerne wywiady z ośmiorgiem polskich korespondentów wojennych, m.in. Anną Wojtachą, Blanką Zalewską, Rafałem Stańczykiem, Jackiem Czarneckim. Wszyscy oni przez wiele lat byli obecni w najbardziej zapalnych punktach globu, nadając stamtąd relacje. Opowiadają o kulisach swojej pracy, o tym, jak często przypomina ona balans na krawędzi – w skrajnie trudnych warunkach, często bez chwili przerwy na sen czy posiłek. Nerwy masz wtedy napięte jak postronki, uwagę naprężoną do granic, funkcjonujesz niesiony adrenaliną i tylko ona pozwala przetrwać w centrum najgorszych ludzkich koszmarów. Wielu tego nie wytrzymuje i często pierwszy wyjazd na wojnę jest dla nich ostatnim. Ale na tych, którzy potrafią sobie z tym radzić, też czyhają pułapki. Bo od takiego szybkiego, mocnego życia łatwo się uzależnić.

Reporterzy opowiadają, jak trudne były dla nich powroty do domu. Mierziła ich codzienność, denerwowały rutynowe czynności, dokuczało zwyczajne życie. Nic nie miało znaczenia, gdy pod powiekami wciąż tkwiły obrazy wojny. Cena, jaka płacili za dobre reportaże czy zdjęcia, często była ogromna. Niełatwo otrząsnąć się z wojennej traumy. Niektórzy zmagali się z depresją, musieli szukać pomocy psychologów, inni uznali, że w końcu trzeba powiedzieć stop i z tym skończyć.

Wszyscy chcieli być jak Milewicz

Ale nawet ci, którzy przestali już jeździć na wojny, wcale nie są skorzy, by jednoznacznie stwierdzić, że to dla nich zamknięty rozdział. Pytani przez Honoratę Zapaśnik, czy wróciliby na front, gdyby zaszła taka konieczność, odpowiadają twierdząco. Rzadko mówią o strachu. W ogniu wojennych działań nieczęsto się go czuje, przychodzi dopiero później. – Czasem się bałem, ale raczej już po fakcie. W trakcie dramatu, który rozgrywa się na naszych oczach, lepiej wyłączyć wyobraźnię, bo strach paraliżuje – mówił kiedyś w wywiadzie Waldemar Milewicz, jeden z najbardziej znanych polskich korespondentów wojennych. Wspomina go wielu rozmówców Honoraty Zapaśnik. Był dla nich wzorem, swoistym guru. Wybierając ten zawód, często właśnie jego postać mieli przed oczami. Milewicz zasłynął ze swoich telewizyjnych reportaży, kręconych w najgorętszych miejscach na ziemi – w ogarniętej wojną Czeczenii, w Pakistanie, Kosowie, Somalii. Zginął od kul terrorystów 7 maja 2004 r., relacjonując wojnę w Iraku.